Mama przestała kierować Gracją z dnia na dzień. Zamknęła drzwi, zostawiła klucze. Teraz mam na głowie szkołę i sama jestem matką. Ciągle odkrywam, ile ją to musiało kosztować - opowiada Dominika Górska-Jabłońska, szefowa szkoły tańca Gracja.

Zielonogórską szkołę tańca Gracja, Alicja Górska zakładała 30 lat temu. Osiem lat temu przekazała stery swojej córce Dominice Górskiej-Jabłońskiej. Gracja wyszkoliła tysiące tancerzy. Niektórych oglądamy w popularnych tanecznych show, niektórzy zdobywają puchary, a jeszcze inni zakładają własne szkoły tańca czy kluby fitness. Pozostali? - Nauczyli się życia. Znakomitej organizacji czasu, determinacji, kultury osobistej i trochę zapomnianych dobrych manier - opowiadają Alicja Górska i Dominika Górska-Jabłońska.

Rozmowa z matką i córką

Paulina Nodzyńska: 30 lat minęło... Uwierzyłyby panie?
Alicja Górska: A cóżby tu się miało nie udać! (śmiech)
Pamięta pani emocje, gdy zakładała Grację?
A.G.: Były zupełnie zwyczajne. To naturalny bieg rzeczy, jeśli ma się marzenia, projekt i plan na życie, to realizacja jest prosta. Trzeba tylko być świadomym, co się zamierza i do czego dąży. Inaczej nie ma szans, żeby się nie udało. W każdej dziedzinie.
Wtedy taniec nie był aż taki modny.


A.G.:
Modny? Ba! To był 1986 r., wtedy w ogóle zezwolenie na prowadzenie szkoły nie było takie proste. Dziś wystarczy, że zapłacimy i dostajemy zezwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej. Nikt nie docieka, jaka to działalność i czy mamy odpowiednie przygotowanie zawodowe. Ja musiałam dostarczyć cały stos dokumentów, poświadczających moje wykształcenie pedagogiczne i artystyczne, moje sukcesy zawodowe (to też było wymagane), rozmaite weryfikacje i uprawnienia. Otrzymałam zezwolenie z numerem 1. Byłam pierwszą w mieście, która zakładała szkołę tańca. Urzędująca wtedy pani prezydent Antonina Grzegorzewska zaprosiła mnie do Zielonej Góry, tu otrzymałam mieszkanie w ramach tzw. puli dla specjalistów. Dziś nie ma miejsca na takie sytuacje, ale kiedyś tak było. Tak rozpoczęłam życie tutaj, dostałam etatową pracę jako nauczycielka w rodzącym się wtedy Domu Harcerza. Równolegle tworzyłam prywatną szkołę tańca. 


Jacy byli pierwsi podopieczni Gracji?

Głównie przychodziły dzieci. Dla mnie to też była obca sytuacja, byłam w mieście nowa. Tworzyliśmy specjalistyczne klasy. Staraliśmy się, by najlepsze dzieci skupić w klasach tanecznych. Panie przyprowadzały na zajęcia całe grupy. A w klubie osiedlowym "Uśmiech" na os. Morelowym, uczyli się tańca dorośli. Wynajmowałam tam salę, robiłam kursy tańca. Jeszcze dziś przychodzą do nas tancerze, którzy pamiętają te czasy. A ja ich proszę, żeby się do tego nie przyznawali. Żartuję!

Ilu tancerzy wyszkoliła Gracja, czy to jest w ogóle policzalne?

A.G.: Mój Boże... To trudne pytanie. Pewne jest, że wyszkoliłyśmy już...

Dominika Górska-Jabłońska:... trzecie pokolenie. Dziadkowie, rodzice i dzieci. Zdarza się, że te trzy pokolenia ćwiczą razem, równolegle.

Szkoła stała się wylęgarnią talentów. Wśród nich takie tuzy jak np. Michał Malitowski. Jaki był, gdy stawiał pierwsze taneczne kroki? Od razu zapowiadał się na wybitnego tancerza?

A.G.: Nikt nie przychodzi gotowy. Tak się nie dzieje w żadnej działce. Ale jeśli pracuje się wiele lat z młodzieżą, można ją lepiej poznać. Michał przyszedł jako siedmiolatek, już ze swoją partnerką. To był pomysł ich rodziców, którzy mieszkali obok siebie. Zawsze był cudnym dzieckiem. Spokojnym, spolegliwym, uśmiechniętym, kulturalnym. Dobrym dla dziewczynek. Umiał powiedzieć „dziękuję, przepraszam”. Był poza rywalizacją, nigdy nie załamywał się, gdy nie zajął pierwszego miejsca. To nie było dla niego najważniejsze.

Wychowankowie Gracji mówią, że była pani dla nich jak matka.

A.G.: To nie są tylko zajęcia dwa razy w tygodniu, żeby odbębnić, pójść do domu i koniec. To są obozy treningowe, zgrupowania. Dzieci się poznaje naprawdę bardzo dobrze. Sam element tańca przestaje być nagle najważniejszy. Trudno nie zauważyć, że dziecko przyszło na zajęcia prosto ze szkoły i jest głodne. I co, mam nie dać mu kanapki, nie zrobić herbaty? Przecież to są prozaiczne, proste, ludzkie rzeczy. Nie wyobrażam sobie inaczej.

W końcu i pani córki zaczęły tańczyć.

A.G.: Proszę pomyśleć. Czy one miały w ogóle jakieś wyjście? Zostały wychowane właściwie przez telefon. Czasu dla dzieci było zdecydowanie za mało, dziś z całą pewnością to stwierdzam. Nawet teraz w rodzinie wspominamy te czasy, jak prowadziłam imprezy, zapowiadałam coś przez mikrofon, a potem oddawałam go i wracałam do dziecka, które ktoś trzymał. Wszystko było równolegle, po drodze.

D.G.J.: Teraz zaczynam rozumieć, co mama wtedy czuła. Mam trójkę dzieci i szkołę na głowie. Mam wieczny deficyt czasu. Muszę go kroić. I nie wiem, co wybrać. Ukroić firmie czy dzieciom? Nie chcę, bo lubię być tu i tu.

Gracja była pani drugim domem?

D.G.J.: Nawet pierwszym. Pomieszkiwałam tu, będąc jeszcze w szkole średniej. Nie opłacało mi się wracać do domu. Młodzież funkcjonowała wtedy tak jak teraz, w biegu. Ze szkoły na trening, szybko coś podgrzać i zjeść. Ja podgrzewałam w Gracji. Mój pierwszy dom faktycznie był tu.

To było nieuniknione, że przejmie pani stery po mamie.

D.G.J.: To był trudny moment. Mama planowała go od dawna, ale odeszła ze szkoły z dnia na dzień. Po prostu, zamknęła drzwi i oddała klucz. Do tej pory wiedziałam, nawet gdy pracowałam już z parami sportowymi, że na końcu zawsze jest moja mama. I ja za nic właściwie nie odpowiadam. To było piękne, cudne uczucie. Tęsknię za nim.

A teraz?

D.G.J.: Po ośmiu latach, odkąd przejęłam placówkę z tradycją, zrozumiałam, jakie to zobowiązanie. Nauczyłam się otaczać odpowiednimi ludźmi. Odkrywałam i nadal odkrywam, ile to wcześniej musiało mamę kosztować. To zupełnie co innego, gdy ma się we wszystkich sprawach ten ostatni głos. Lubię mówić, że cały czas „my to robimy”, a nie „ja to robię”.

A.G.: Firmę oddałam dwóm córkom. Ale nie może być dwoje czy troje rządzących. Musi być jeden szef. Wcześniej można sobie narzekać, mówić, zgłaszać pretensje i nic z tego nie wynika. A dyrektor, który ma odpowiedzialność, zyskuje zupełnie inne, bardziej globalne spojrzenie.

Kto dziś tańczy w Gracji? Myślą o tańcu poważnie?

D.G.J.: Najmłodsze dzieci mają 3, 4 lata. To grupa, która przoduje w naborach. Trudno mówić, że mają plan na życie. Są za to mamy, które zapisują dzieci na tańce ze względu na swoje niespełnione marzenia o pięknych balowych sukniach. Czy to pójdzie w kierunku zawodów, sportu czy po prostu fajnej zabawy? Nie wydaje mi się, żeby ludzie mieli na to plan.

A.G.: Tu przychodzą dobrzy ludzie. Oni chcą być ze sobą, są dla siebie życzliwi. Są razem, ze sobą. Jak w rodzinie. Gdy ktoś ma różne zapędy, szybko stąd odchodzi.

Jak sobie radzą absolwenci Gracji? Wiążą życie z tańcem?

D.G.J.: Takich jest bardzo dużo. Zawodowo zajmują się tańcem, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Coraz częściej zdarza się, że na międzynarodowych turniejach spotykamy naszych wychowanków. To miłe. Część z nich oglądamy w popularnych tanecznych show, inni zdobywają puchary na zawodach, niektórzy wybrali jeszcze inną drogę, zakładając własne szkoły tańca czy kluby fitness.

Dziś rodzic wybiera: jazda konna, karate, ceramika. Dlaczego ma wybrać taniec?

D.G.J.: Bo jest świetną szkołą życia. Lekcją kultury osobistej i zasad savoir-vivre. To staje się już... niemodne. Bardzo nad tym ubolewam. Swoboda, luz w szkołach - nie jestem zwolenniczką takiego podejścia. Zasady życia w grupie pomagają się odnaleźć, bez nich młodzież jest zagubiona. Szkoła tańca pomaga dziewczynce stawać się kobietą, pomaga chłopcu być dobrym, odpowiedzialnym partnerem. Mówimy mu „jesteś prezesem, kierownikiem pary”.

A.G.: Zawsze mówię młodzieży: jeżeli ubierasz frak czy piękną, galową kieckę, nie możesz mówić brzydkich słów.

Gdy dziś spotykam dawnego podopiecznego na ulicy, to zanim powie mi "dzień dobry", natychmiast się prostuje.

Taniec to sto porad na życie. Komunikacja międzyludzka, regulowanie swoich emocji, umiejętność życia w rywalizacji, odporność na stres, nauka szacunku, odpowiedzialności za siebie w parze. Nasi uczniowie z tym pójdą w życie.

Zawody to już nie jest zabawa. Dziecko trenuje po kilka godzin dziennie, stosuje diety, rywalizuje. Jak w takim trybie życia odnajduje się kilkulatek czy nastolatek?

D.G.J.: Jeśli nie będzie tej pasji, nie będzie położenia wszystkiego na jedną szalę, to nic z tego nie wyjdzie. Ja uwielbiam to zdeterminowanie dzieciaków. Muszą wstać godzinę wcześniej, nie o szóstej, tylko o piątej, żeby dojechać do szkół z innych miast. Wieczorem znów wracają autobusami do domów. Zaangażowanie i determinacja są w tym sporcie (lubię tak mówić, choć Ministerstwo Sportu nie uważa nas za sportowców), warunki konieczne. To szkoła życia, szkoła organizacji siebie. Rodzice często o tym mówią, ile to dało dzieciom obycia, swobody w kontaktach międzyludzkich, wyjazdów zagranicznych. Taniec, choć sukcesy się zdarzały, był tu tylko przy okazji. Na „dzień dobry” się o tym nie myśli, dopiero po latach się okazuje, że to nie było clue.

Taneczne show pomagają w popularyzacji tańca?

D.G.J.: Często odpowiadam na to pytanie. Ludzie myślą, że dzięki „Tańcu z gwiazdami” mamy rzesze klientów. Coś w tym jest, bo program pokazał, że taniec towarzyski to także sport dla dorosłych, a nie tylko dla dzieci. Ale tak było 15 lat temu.

A.G.: Boom na taniec, spowodowany popularnymi programami, już minął. Filmy z Johnem Travoltą to było coś! Nic tak nie zachęcało do tańca.

Naprawdę można nauczyć kogoś, kto porusza się jak niedźwiedź na łańcuchu?

D.G.J.: Naprawdę! Mam dziś pełną entuzjazmu kadrę, która z pasją szkoli kolejnych mistrzów. Ale sukces w sporcie osiągamy po długim, pełnym treningów i pracy czasie. Szybciej się nie da. Na samej górze nagle znajduje się nie ten, co dostał dar od Boga, ale ten zdeterminowany i pracowity. I to jest w tym sporcie piękne. Pewnie, że mistrz świata jest tylko jeden. Ale po nim jest drugi, trzeci, piąty. A być piątym na świecie też jest wspaniale, prawda?

Tańczyć każdy może w każdym wieku?

D.G.J.: Ok. 50 proc. naszych obecnych uczniów to ludzie po trzydziestce i starsi. Panowie mówią, że żona męczyła ich od lat, w końcu dali się namówić. Przychodzą i okazuje się, że jest fajnie. Że to nie jest coś dla wybrańców.

A panie?

D.G.J.: Bardzo się zmieniają. Aż miło patrzeć. Nie mówię tylko o kilogramach, ale w ogóle o pewności siebie. To są panie w przedziale najczęściej 30-60, o różnych zawodach. Jest takich całe mnóstwo. To kobiety, które zawsze chciały tańczyć, ale z jakiś powodów nie mogły.

Wskakują w sukienki do tańca, pięknie się czeszą, malują. Patrzą na siebie i mówią: jest nieźle. Przychodzą same, bez mężów. Specjalnie dla nich prowadzimy zajęcia "pro-am", czyli taniec profesjonalisty z amatorem. To tak, jak w klubie fitness można wynająć trenera personalnego, tak u nas można wykupić lekcje indywidualne z tancerzem. Część z nich występuje na parkiecie. Czasem ciężko odróżnić, kto jest "pro", a kto jest "am".

Trzydziestka to podobno najlepszy wiek. Czego by panie życzyły szkole?

D.G.J.: Nie wyobrażam sobie, żeby jej nie było. Bardzo mi to pasuje, że szkoła jest i zmienia się przez lata. Zmienia się wraz ze społeczeństwem, nowymi warunkami życia. I nadal jest fajnie. I oby tak dalej.

A.G.: Wartości, które dziś przekazujemy, są w dużej mierze niezmienne, ale muszą być osadzone w rzeczywistości. Istnienie szkoły przez 30 lat to najlepszy dowód na to, że jest w mieście potrzebna.

Niedawno oglądałyśmy z córką nieruchomość na wsi. Weszłam do komórki, patrzę, a tam plakat... Konwaliowy Turniej Tańca. Wisiał w tym miejscu od 17 lat. Okazuje się, mieszkał tam dziadek, którego wnuk u nas tańczył. Rozpoznaliśmy się. Takie sytuacje najbardziej wzruszają.

Artykuł pochodzi z:

http://zielonagora.wyborcza.pl/zielonagora/1,90220,19992392,zielona-gora-tanczy-z-gracja-opowiesc-matki-i-corki.html

 

Nasi partnerzy

Akceptujemy karty

Początek strony